Utkane z pamięci

Tagi

, , , ,

Dolnośląski noblista Gerhart Hauptmann (1862-1946) wciąż mało znany, szczególnie polskim czytelnikom, był jednym z patronów minionego 2012 roku. W 150 lat po urodzinach pisarza i w 100 lat po otrzymaniu przez niego Nagrody Nobla czyniono wiele starań, które miały budować i rozwijać pamięć o śląskim literacie.

Wybito monetę z wizerunkiem Hauptmanna, wydano znaczek pocztowy w Niemczech i kartkę pocztową w Polsce, organizowano konkursy i spotkania. W naszym regionie centrum obchodów Roku Hauptmannowskiego stanowiły dwa domy pamięci pisarza, mianowicie Muzeum Miejskie „Dom Gerharta Hauptmana” w Jeleniej Górze i „Dom Carla i Gerharta Hauptmannów” w Szklarskiej Porębie. Staraniem Niemiecko-Polskiego Stowarzyszenia „Dolny Śląsk” i WKB Piast Wrocław w stolicy województwa odbył się bieg pamięci pisarza. Bezsprzecznie te i wszelkie inne inicjatywy popularyzacji twórczości noblisty sprawiły, że pamięć o nim odżyła, że wielu polskich czytelników zaczyna traktować jego twórczość jako własne dziedzictwo, z szerszej perspektywy – jako europejską tradycję literacką, w którą jesteśmy wpisani.

Plakat "Tkacze"Gerhatr Hauptmann przedstawiciel naturalizmu, otrzymał Nagrodę Nobla za „wybitnie płodną i różnorodną twórczość”. W jego dorobku znajdziemy nowele („Karnawał”), powieści („Księga namiętności”), epopeje („Dyl Sowizdrzał”), dzienniki podróży („Grecka wiosna”), a przede wszystkim dramaty.  Jednym z nich jest pięcioaktowy utwór „Tkacze” opowiadający o powstaniu robotników śląskich z okolic Gór Sowich. Tekst sztuki został pierwszy raz opublikowany w Londynie, a – jak odkrył Przemysław Wiater z Domu Hauptmannów w Szklarskiej Porębie – dostarczeniem tekstu do carskiej Rosji, na terytorium wymazanej z map Polski, zajmował się sam Józef Piłsudski.

Uczestnicząc w Roku Hauptmannowskim, śledząc związane z nim wydarzenia, dostrzegłam pewną zbieżność zdarzeń. Jakby Los – największy ironista splótł postać autora „Tkaczy” z dziejami odchodzącego na naszych oczach w przeszłość Zakładu Przemysłu Jedwabniczego „Dolwis” w Leśnej. Może to tylko dalekie skojarzenia, może łączenie wydarzeń, może zbieg okoliczności. A jednak tak plączą się one w pamięci, która tka w nas nić tożsamości łączącej przeszłość z teraźniejszością.

Klify Moheru

Tagi

,

ZKlify Moheruieloność zielonej wyspy sprawia,
że wielu turystów zielenieje
z zazdrości.

Irlandia oczarowuje położeniem, klimatem, pastwiskami pełnymi owiec, wśród których wypatrywać należy tej jednej jedynej – czarnej, Irlandia wabi celtyckimi legendami, tajemnicą ruin rozsypanych niby przypadkowo wśród skał i pól.

A tam gdzie Płaskowyż Burren dotyka zimnych wód Oceanu Atlantyckiego, Irlandia odsłania swe kolejne oblicze. Od miejscowości Doolin po przylądek Hags rozciągają się niezwykłe Klify Moheru.

Klify MoheruTysiące lat uparte fale uderzały w skały z piaskowca i łupku, by wyrzeźbić ponad dwustumetrową ścianę, z której górnej krawędzi spoglądamy w oceaniczną toń. W Klifach Moheru odzwierciedla się odwieczna potęga natury. Siła i słabość, trwałość i kruchość, moc i delikatność razem, w duecie, nierozłączne i sprzeczne jakości ukształtowały to skaliste nabrzeże.

Jakaś niezwykła melancholia buduje atmosferę tego miejsca. Dzieło natury, które z zapartym tchem podziwiamy, prowadzi ścieżką nie tylko wzdłuż klifów, a także w głąb siebie.

Klify Moheru – miejsce, gdzie warto się zapatrzeć, zasłuchać, zachwycić, zadumać. Klify Moheru

Podłoga uprzywilejowana

Tagi

, ,

DegasMalarz Edgar Degasuprzywilejował podłogę”, a właściwie pustkę na obrazie, która wyrażona była podłogą. Eksponowane w jego malowidłach pole kompozycji wypełnia pozornie nic nie znacząca płaszczyzna parkietu, desek, podłogi. On ją odsłaniał, ją obnażał, jej dawał palmę pierwszeństwa. To ona stanowiła centrum jego dzieła, to ona była podstawą umieszczonych gdzieś na niej zwiewnych baletnic uchwyconych w przypadkowych pozach.

Jego obrazy zwykle przychodzą mi na myśl, gdy kolejny raz staję przed wyzwaniem, które z wielkim malarstwem nie ma wiele wspólnego, ale wymaga szerokiego rozważenia pod względem estetycznym i praktycznym. Plan wystroju wnętrza rozpoczynam myśleniem o podłodze, o tym, co będzie decydowało o jej „uprzywilejowaniu”, co pozwoli stać się jej tłem dla codziennego baletu naszych stóp, co sprawi, że bedzie ona idealną podstawą całości zbudowanej z mebli, zasłon, dekoracji i dodatków.

Każdy z nas decydując się na remont mieszkania, zastanawia się, jaką wybrać podłogę. Dla szerokiego grona „smakoszy piękna” podłoga w wnętrzach, w których przyszło im bywać, jest sprawą fundamentalną, co wiąże się oczywiście z jej funkcją.

WP_000407Możliwości, jakie przed nami stoją są rozmaite. Dokonujemy wyboru między płytkami, deskami, panelami, dywanem, ciepłą wykładziną czy choćby modnym barwionym betonem. Bierzemy pod uwagę trwałość materiału, jego walory estetyczne, cenę i koszty montażu. Wybór pokrycia podłogi może być elementem podstawowym wystroju wnętrza, wówczas do niej dobieramy pozostale elementy. Podłoga może też być jednym z aspektów całościowego spojrzenia na wnętrze, wtedy już na etapie projektu jest jednym z czynników stanowiących styl pomieszczenia.WP_000475

W obu przypadkach jednak jej dobór ma ogramne znaczenie dla wystroju wnętrza. Nie lekceważmy podłogi, wszak ona zajmuje centralne miejsce
w naszych domach, to ona stanowi punkt wyjścia, podstawę naszych działań
i rozwiązań aranżacji.

I dobrze, by każdy mógł  zerknąć od progu czy z fotela i z podziwem rzec: „mój jest ten kawałek podłogi”.

Złodzieje sztuki czy złodziejska sztuka?

Tagi

, , , , , , ,

Krzyk MunchKrzyk” Edvarda Muncha to jeden z tych obrazów, które raz zobaczone na stałe zajmują miejsce w wewnętrznym muzeum każdego odbiorcy sztuki. Ekspresjonistyczna wizja oddana temperą i pastelami na tekturze w 1893 roku, miała podstawę w, z pozoru prozaicznym, spacerze o zachodzie słońca. W 1892 Munch relacjonuje:

„Zatrzymałem się i oparłem o balustradę, strasznie zmęczony. I patrzyłem na płonące chmury, które nabrzmiałe jakby krwią wisiały nisko nad niebiesko-czarnymi firodami i ponad miastem. Przyjaciele poszli dalej. Ja stałem tam, dygocząc ze strachu. I poczułem głośny, niekończący się krzyk przeszywający naturę”.

Obraz stał się sztandarowym dziełem ekspresjonizmu, nurtu, który chronologicznie wydzielony został w sztuce europejskiej pierwszej ćwierci XX wieku. Termin, nadany zjawiskom artystycznym post factum, obejmujejednak swym szerokim znaczeniem rodzaj sztuki o mocnym wyrazie emocjonalnym, o silnym ładunku uczuciowym. Sztuki, która ma ukazać to, czego nie można poznać zmysłami. Munch, o którym Przybyszewski pisał, że „usiłuje zjawiska duszy bezpośrednio wyrazić farbą”, znalazł dla tej tendencji także formalne rozwiązania. Podkreślał frontalność pierwszego planu płtyką prespektywą, rozgraniczał wyraźnym konturem kolejne płaszczyzny barwne, upraszczał postaci, zestawiał barwy w dramatyczne kontrasty. Jego warsztat, dobór środków formalnych i symboliczne obrazowanie stały się punktem wyjścia dla rodzącego się ekspresjonizmu, szczególnie wśród młodych artystów niemieckich.

„Krzyk” namalowany został w czterech wersjach. Trzy z nich znajdują się w norweskich muzeach, jedna należąca do biznesmena z Norwegii Pettera Olsena, została sprzedana w tym roku przez dom aukcyjny w Nowym Jorku za rekordową cenę niemal 120 mln dolarów. Tak wysoka kwota podkreśla wartość rynkową dzieła, ale także pokazuje, że współczesny rynek sztuki to ogromne pieniądze, które kuszą nie tylko miłośników, koneserów, marszandów, ale także złodziei.

Najsłynniejszy obraz Muncha także padł niegdyś ich łupem. Było to w roku 1994 w dniu otwarcia Zimowej Olimpiady w Lilehammer. Uwaga niemal całego świata skierowana była na cykliczne, ale i wyjatkowe, wydarzenie sportowe. Dwaj mężczyźni nie przygotowali najnowszych technologii, które umożliwiłyby im wyłączenie alarmu, nie wysilili się, by zagłuszyć obraz z kamer, nie odziali się w czarne mundury niczym zawodowcy. Koncept tkwił w prostocie. Była to zlodziejska sztuka naiwna – ale jakże skuteczna. Dwaj panowie przystawili do ścian Galerii Narodowej w Oslo ukrytą w przeddzień w krzakach drabinę, zwyczajnie wybili szybę na piętrze budynku, jeden z nich zdjął „Krzyk” wart wówczas 72 mln dolarów ze ściany i ot tak spuścił go przez okno po drabinie czekającemu na dole koledze. W tym czasie strażnik, który pracował w muzeum od kilku tygodni, skupiony nad papierkową robotą, wyłączył przeraźliwy sygnał dzwonka, klnąc pod nosem na kolejny fałszywy alarm.

Jak to możliwe, że złodziejom sztuki tak łatwo udała się ta złodziejska sztuka? Co stało się z najsłynniejszym obrazem Muncha? Kto mógłby kupić to dzieło na czarnym rynku? Czy dziś ktoś mógłby powtórzyć tę bezprecedensową kradzież?

Wszystkich ciekawych odsyłam do książki E. Dolnicka W pogoni za sztuką pasjonującej, prawdziwej historii detektywistycznej, która zainteresowanym przyniesie odpowiedzi na te pytania.

„Po Syberii” z Colinem Thubronem

Tagi

, , , , ,

Po SyberiiŚwiat przemienił się w mgłę, a mój pociąg pełznie nad niewidzialnymi dolinami. Daleko na przedzie postękuje niewidzilna w bieli lokomotywa.

Ten jeden cytat będzie już zawsze kojarzył mi się z prozą Colina Thubrona. Z prozą reporterską, ale jakże literacką, refleksyjną, czasmi poetycką, która w onirycznych opisach relacjonuje rzeczywistość Syberii.

Nie wiem kiedy, ale od pewnego dnia, od zwyczajnego dnia, w którym nic niezwykłego się nie wydarzyło, zaczęłam myśleć i mówić o tym, że Koleją Transsyberyjską przejechać się chciałabym. Niestety, podróżnikiem nie jestem znamienitym, zawodowo także nikt mnie na taką wyprawę nie pośle, niewielkie zasoby na koncie wciąż blokują taki wypad, a i szczerze mówiąc, chyba nie jestem jeszcze na tego rodzaju podróż gotowa. Dlatego szukam tych, którzy tym tropem już podążali, którzy dotarli do granic świata znanego nam z pocztówek z pozdrowieniami, z folderów oferujących wczasy marzeń, z przewodników wypełnionych setkami zdjęć zabytków, jakie zobaczyć w życiu należy; którzy wkroczyli w odmienną rzeczywistość przepastnej, różnorodnej, zimnej Syberii.

Stawiając kolejne kroki w lekturze reportaży, natknęłam się na książkę „Po Syberii” Colina Thubrona. I choć dnia tego czerwcowego w Polsze słońce paliło niemiłosiernie, zobaczywszy tę publikację, poczułam chłód wiecznej zmarzliny. W pełni europejskiego lata wyruszyłam z autorem w podróż Koleją Transsyberyjską.

Rozpoczęliśmy tę wyprawę przez „ponure piękno i niezatarty lęk”. Przekroczywszy Ural, zostawiliśmy za sobą europejską część Rosji, docierając do Jekaterynburga. Dalej przestrzeń się tylko rozrastała, rozlewa w bezkres, z którego po długim czasie wyłaniają się nierealne, nieusankcjonowane racjonalnością istnienia kolejne miejsca, kolejne miasta, między innymi: Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Ułan Ude, Chabarowsk, Władywostok. A wokół nich, pomiędzy nimi, w syberyjskiej przestrzeni toczy się życie, są ludzie, z których każdy jest kimś. Jest ktoś, kogo zesłano z Moskwy do Workuty i już tu pozostał, ktoś, kto jest rolnikiem i próbuje ujarzmić tę ziemię i wykarmić krowy, ktoś, kto został żółtym szamanem, choć śmierć szamanizmu ogłoszono już dawno , ktoś, kto w od podstaw budowanym za Chruszczowa mieście nauki na Syberii miał przyczynić się do rozwoju badań. Jest też historia, ta związnana z carskim imperium, z koszmarem Gułagu, z Lodową Księżniczką z Ałtaju. Jest wszechogarniająca natura, w której można się zatracić i zagubić, ale w której można odnaleźć ślady czasu, znaki historii i normalną codzienność żyjących w niej ludzi.

Syberia to wciąż miejsce obce, w pewien sposób tajemnicze, zadziwiające i kuszące. Dzięki reportażowi Thubrona jej nierealność nabiera dodatkowych wartości, a literacka podróż jest niezwykłym doświadczeniem, może dlatego że, jak pisze autor:

Podróżnik musi wierzyć w doniosłość miejsca, w którym się znalazł, a tym samym w swoje znaczenie.

Kłopoty z lekturą. „Ulisses”

Tagi

, ,

Jestem już po trzydziestce, mam wykształcenie humanistyczne i, o zgrozo, muszę przyznać, że nie przeczytałam „Ulissesa” Jamesa Joyce’a.

Usprawiedliwiając się, rzeknę, że próbowałam kilkakrotnie. Zawsze z dużą motywacją i ogromnym zapałem, zawsze z przygotowaniem merytorycznym. Wstępna kwerenda dotyczyła autora, okoliczności powstania dzieła, jego warstwy fabularnej, znaczenia strumienia świadomości itd.

Rozpoczynałam, jako się rzekło, z wiarą, że tym razem się uda, że odnajdę w tej księdze to, co czyni ją dziełem wybitnym XX stulecia. Porzucałam zwykle czytanie po 50-80 stronicach, uświadamiając sobie, że nie pamiętam o czym to wcześniej sznowny autor pisał. Znudzona, ale bardziej rozgoryczona własną niemocą czytelniczą porzucałam czytanie „Ulissesa”. Wydawało mi się, że definitywnie odrzucam tę lekturę, że nie dla mnie to, nie na mój umysł – przykre, ale trzeba się z własną niemocą zmierzyć. Pózniej okazywało się, że zarzucam tylko na czas jakiś to trudne czytanie, że prędzej czy później zechcę doń wrócić, znów zmierzyć się, by ponieść klęskę.

Zmagałam się z tym od czasów licealnych – może wówczas było zbyt wcześnie. Wyrzuty sumienia i umysłu, pretensje, że cierpliwość czytelnicza marna, a rozum humanistyczny nie dość rozwinięty zostały częściowo ukojone w trakcie studiów. Jeden z wybitnych profesorów mojej uczelni, niestety nie żyjący już, rzekł był kiedyś na zajęciach słowa, które dodały mi otuchy. Przyznał więc ten, oczytany i wyrobiony intelektualnie w stopniu najwyższym, jegomość, iż sam trudności z Joycem i Proustem miał wielkie, że wielka literatura, to trudna literatura, dlatego na jego nocnej szafce leżą kolejne części „Przygód dzielnego wojaka Szwejka”, które bawią go i jako lektura do poduszki zapewniają dobre sny.

Znów mnie jednak podkusiło, gdy robiłam porządek w domowym księgozbiorze
i w czasie wędrówki po regałach „Ulisses” natknął się na mnie lub ja na niego.

I dodać muszę, że trzymam się dzielnie, przekroczyłam sto stron. Mało tego, lektura zaczęła dostarczać mi przyjemności. Wierząc w swoją motywację, ufam, że tym razem osiągnę cel. Będę informować o postępach.

Tymczasem chciałam zapytać, jak wasze relacje z „Ulissesem” się kształtują? Czytaliście? Nie czytaliście? Próbowaliście czytać?

Podzielcie się opinią i doświadczeniami.

Czy wiesz, na czym siedzisz? Krzesło

Tagi

, , ,

Przedmioty martwe są zawsze w porządku i nic im, niestety, nie można zarzucić.
Nie udało mi się nigdy zauważyć krzesła, które przestępuje z nogi na nogę
– pisał Zbigniew Herbert i trudno nie zgodzić się z tym twierdzeniem.

Krzesło, czyli mebel do siedzenia, z oparciem z tyłu, przeznaczony dla jednej osoby, wywodzący się z mebli przeznaczonych do wypoczynku, zdaje się być zawsze „w porządku”, ponieważ w jego formalnych przemianach można wyraźnie zaobserwować związek ze stylem epoki. Dlatego też zasadę kształtowania się dzisiejszych krzeseł można zrozumieć tylko przez ich historię. Typów krzeseł, które związane były z ich funkcją lub kształtem słownik mebli podaje 50, wśród nich najciekawsze to: do czytania z oparciem pod głowę, do obserwacji nieba – odchylające się do pozycji niemal leżącej, do palenia tytoniu – z szufladką na akcesoria, muszelki, piórka, worki, sarenki i koniki. Jednak ciekawsze jest przyjrzenie się procesowi przemian stylowych, mamy więc mi. krzesła: egipskie, greckie (klismos) – VI-V w. p.n.e., bizantyjskie krzesło tronowe, romańskie – XIII w., gotyckie kościelne, renesansowe, wczesnobarokowe, angielskie barokowe i  angielskie klasyczne, biedermeierowskie, secesyjne.

Najciekawsze krzesła XX wieku

Krzesła w XX wieku prócz tego, że pełnią swą podstawową użyteczną funkcję, to odnoszą się do założeń dziewiętnastowiecznych Thomasa Morrisa i jego ruch Arts & Crafts, który zaczął propagować swoją ideę docierania do średnio zamożnych ludzi z przedmiotami codziennego użytku, które jednocześnie będą mieć wysokie walory estetyczne. Ta idea przyświecała artystom – projektantom, których meble stanowią najlepsze przykłady sztuki stosowanej.

PROJEKTY POLSKIE

Krzesło Stanisława Witkiewicza z ok.1900 roku było najprawdopodobniej prototypem  jednego z elementów kompletu mebli zaprojektowanych dla Henryka Sienkiewicza. Wzór był powtarzany przez wielu projektantów. Zgodnie z ideą stylu zakopiańskiego Witkiewicz wykorzystał ornamenty i inne zdobienia stosowane na Podhalu.

Karol Tichy

Karol Tichy

Krzesło, które Karol Tichy zaprojektował w 1904 roku odznacza się wspaniałą prostotą, że nie mieści się w pojęciu moderny początku wieku. Jest to antyteza dekoracyjnych ideałów żywej wówczas secesji, a zarazem wizjonerska zapowiedź mającego się narodzić konstruktywizmu.

Krzesło z 1930 roku Jana Kurzątkowskiego powstało w czasach rozkwitu stylu art deco na całym świecie i pozostaje świadectwem polskiej interpretacji tych tendencji w rzemiośle i sztuce.

Wladyslaw_Wolkowski_

Wladyslaw Wolkowski

Krzesło Władysława Wołkowskiego z 1952 r. to asymetryczna, ażurowa rzeźbami, zbudowana z wiązek wikliny.

Krzesło Płucka Marii Chomentowskiej powstało w 1956 r. z gotowych kształtek z giętej sklejki. Projektantka, szukając elastyczności siedziska, starała się maksymalnie wykorzystać giętkość sklejki.

Teresa Kruszewska

Teresa Kruszewska

Teresa Kruszewska dostrzegła i znakomicie wykorzystywała możliwości tkwiące w sklejce: elastyczność i wytrzymałość, które otworzyły Kruszewskiej drogę do eksperymentów konstrukcyjnych (Stołek i krzesło, 1966 r.).

Krzesło Wars 1978 r. projektu Zenona Bączyka cechuje zwarta forma plastyczna i niemal rękodzielnicze wykończenie.

Krzesło Delikatne Szczęście z 1997r projektu Macieja Tasiemskiego zyskało popularność dzięki zamieszczeniu jego fotografii na plakacie Targów Mebli i Wyposażenia w ramach Międzynarodowych Targów Poznańskich w 1997 roku.

ŚWIATOWY DESIGN                                                                                                       

La Chaise

La Chaise

Charles &  Ray Eames 1948 r. zaprojektowali La Chaise w 1948 roku na konkurs w  Muzeum Sztuki Nowoczesnej MOMA w Nowym Jorku. Inspiracją były rzeźby Gastona La Chaise. Tak powstał ten niezwykle elegancki mebel-rzeźba, który umożliwia dowolną liczbę pozycji siedzącej i leżącej.  Od samego poczatku jest uznawany za ikonę trendu zwanego Organic Design.

Panton Chair

Panton Chair

Eleganckie, będące techniczną nowinką – Panton Chair było pierwszym wspornikowym krzesłem jakie kiedykolwiek wyprodukowano z jednego kawałka plastiku. Krzesło Panton jest typowym przykładem optymizmu lat 60-tych XX wieku. Zostało zainspirowane widokiem sterty powkładanych w siebie wiader. Verner Panton głowił się jak skonstruować plastikowe wspornikowe krzesło od lat 50-tych. Kiedy w końcu zostało pokazane w duńskim czasopiśmie „Mobilia”, w sierpniu 1967 roku, wzbudziło sensację.

Frank Gehry

Frank Gehry

Side Chair Wiggle Franka Gehrego z 1972 r. to krzesło z falistej tektury o brzegach z płyt pilśniowych, które nadało nowy estetyczny wymiar codziennemu życiu.

Krzesła światowych projektantów są niezwykle ciekawe, ale też drogie. Jednak dla pasjonatów wzornictwa firma Vitra stworzyła kolekcję najbardziej znanych mebli światowego wzornictwa w mini wymiarze. Każdy taki produkt posiada licencję i jest dokładnym odzwierciedleniem swojej oryginalnej wersji. Znajdziemy tu projekty mi. Charlesa R. Mackintosha, Franka Lloyd Wrighta, Le Courbusiera  Starcka, Arada, Newsona, Stiletto, które często zatracały swą użytkową wypoczynkową funkcję, ponieważ były niewygodne, lecz stały się kanonem sztuki użytkowej, do którego designerzy XXI w. wciąż się odwołują i z którego czerpią zmieniając materiał i układ, lecz trudno im stworzyć zupełnie nowy projekt.

DODATEK – KRZESŁO W SZTUCE  

Krzesło funkcjonowało w XX w. nie tylko jako mebel użytkowy, było też ważnym elementem działań twórczych niektórych artystów.

„Krzesło Kantora” – jest to urzeczywistnienie jednej z idei „architektury niemożliwej”. Powstało ono w 1995 dzięki wsparciu i pieniądzom Fundacji im. Tadeusza Kantora. Ten 14-metrowy betonowy monument jest aktualnie największą atrakcją turystyczną Huciska. Warto też przyjrzeć się motywowi krzesła w twórczości Władysława Hasiora (praca magisterska: Anna Szubińska: Motyw krzesła w sztuce Władysława Hasiora i Tadeusza Kantora).

Literatura:

Grzeluk, Słownik terminologiczny mebli, Warszawa 2000 r.

G. Kaesz, Meble stylowe, Wrocław 1990 r.

J. Samek, Polskie rzemiosło artystyczne, Warszawa 1984 r.

O literaturze i bieganiu

Tagi

, , , , ,

Po przeczytaniu książki pt.
„O czym mówię, kiedy mówię
o bieganiu”
Haruki Murakamiego
,
którą to kupiłam mężowi biegaczowi w prezencie, długo zastanawiałam się nad przydzieleniem jej odpowiedniej kategorii. Literatura? Bieganie?
Gdzie na tym blogu ją umieścić?

Odpowiedź podsunął sam autor, tytułując jeden z rozdziałów w ten oto sposób: Tego, co wiem o pisaniu prozy, w większości dowiedziałem się podczas codziennego biegania.

Ta niezwykła opowieść o wyzwaniach, podejmowaniu decyzji i nie tylko sportowych próbach prowadzi czytelnika przez kilka lat zmagań pisarza z własnym organizmem, z ograniczeniami, z odpowiedzialnością za własne życie.

Najprościej historię zawartą w tym pamiętniku można streścić tak: Oto człowiek, który przez kilka lat prowadzi klub jazzowy postanawia zostać pisarzem. Jego nowa praca zakłada siedzący tryb życia, więc by zapewnić sobie właściwy poziom aktywności, zaczyna biegać.

Jednak całość jest dużo ciekawsza i głębsza. Sam fakt, że ktoś nagle postanawia: będę pisarzem, jest dość intrygujący. Wydaje się bowiem, że literatem się bywa, ewentualnie zostaje po latach i wielu publikacjach, a nie po deklaracji. Ale Murakamiemu się udało. Jak zdecydował, tak zrobił. Jest jednym z najbardziej znanych pisarzy japońskich, a jego nazwisko pojawia się każdego roku przy medialnych typowaniach pretendentów do Literackiej Nagrody Nobla.

Książka ta jest jednocześnie zbiorem wspomnień, doświadczeń i przemyśleń związanych z bieganiem długodystansowym. Autor opisuje swe treningi, zawody, wyzwania maratońskie, przygotowania do triatlonu. Nie znajdziemy tu rozwiązń taktycznych, rozpisanych treningów i diet. W zamian odkryjemy dążenia i cele sportowca – amatora, któremu żona po zawodach wręcza zwyczajne przygotowane w domu kanapki, zrozumiemy sens biegania nie dla osiągnięcia miejsca, pokonania przeciwnika, lecz dla pokonania siebie i pobicia własnego rekordu czasowego.

„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” to literacka próba uchwycenia „filozofii” biegania. Tego, co kryje się w słowach autora:

Biegnąc, nie robię nic, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi słowy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę.

Obława podczas „Obławy”

Tagi

, , , , , ,

Oto średniej wielkości miasteczko. Stare kino „Wawel” – dziwna nazwa jak na Dolny Śląsk, ale nie o tym. Design rodem z PRL-u, prawdziwy, nie  na siłę stylizowany. Odrapane ściany, wytarte kafle, „kryształowe” lampy, w toalecie papier przytwierdzony sznurkiem do drzwi, zapach też nieco historyczny. Ale ile w tym wszystkim klimatu i uroku. Brak popkornu, czerwonych dywanów, barów z mega drogimi napojami. Kilkunastu widzów.

Jak ja to lubię!

Ekran otoczony kurtyną subtelnie informuje, że oto mamy kontakt ze sztuka. Gong zapowiadający, że za chwilę się rozpocznie pokaz, przygasające światła, brak reklam, brak szeleszczących papierowych toreb z prażoną kukurydzą, cisza, gdyż widzowie nie przyszli przeżuwać, lecz przeżywać.

W takiej atmosferze weszłam w gęsty klimat filmu Marcina Krzyształowicza „Obława”. Oglądamy w ciszy i skupieniu, napięte emocje śledzą kadr za kadrem, oczy chcą czasami się przymknąć pod naporem realistycznych obrazów, umysł transponuje wątki i sytuacje nakładając je na siebie i na dotychczasowe wyobrażenia czasów wojny i partyzantki.

Połowa filmu. Nagle na widowni poruszenie. Jakieś: „Weź moją kurtkę”. Skrzypienie składanych foteli i krótka, ale dotkliwa podróż w ciemnościach do drzwi. Troje widzów chce opuścić salę kinową. W porządku, niech idą. Ale to sala w dawnym stylu. Jedne drzwi, przez które się wchodzi, drugie – z delikatnie podświetlonym napisem „wyjście”. Dwoje zamkniętych drzwi. Słyszę nerwowe szarpanie klamek, szepty, które mają przynieść rozwiązanie, skrzypienie rozkładanych foteli, szepty, widzę blask telefonu, podróż od jednych drzwi do drugich. Rezygnacja. Cisza. Znów oglądam film.

Po kwadransie ktoś z zewnątrz otwiera drzwi. Uwięzieni widzowie z ulgą opuszczają salę, radośni, że przynajmniej częściowo udało im się uniknąć tej obławy. Odwracam głowę, by zobaczyć, kto zacz. Rodzice z dzieckiem, ni małym, ni dużym, takim z podstawówki. To dobrze, że chcą dbać o rozwój kulturalny swej pociechy, ale warto czasem przeczytać recanzję przed wyjściem do kina, spojrzeć od ilu lat film jest dozwolony. Edukację historyczną swego potomka rozpocząć od „Czterech pancernych i psa”.

Ludzie potrafią zaskoczyć, zdumieć, wręcz poruszyć głupotą.

Mimo tego niefortunnego zetknięcia z ludzką ignorancją, nie żałuję, że wybrałam się wczoraj do kina. „Obława” nie pozostawia widza obojetnym. Choć momentami epatuje naturalistycznymi obrazami, choć może jest dość jednostronna, wchodzi w nas jako kolejny element historycznej prawdy. Wychowani na mitach bohaterstwa Polaków, partyzantów, na martyrologii naszego narodu, w przekonaniu, że „Bóg, honor, ojczyzna” były ideami, które wytyczały działania naszych dzielnych przodków; zaczynamy dostrzegać, że to nie byli tylko bohaterowie, ale przede wszystkim ludzie, z ich tajemnicami, doświadczeniami, słabościami, próbami określenia tego, co dla nich ważne, w niemożliwych do określenia czasach.

Warto podkreślić także momentami nadrealistyczną scenerię beskidzkich lasów, irracjonalnie świetlne kadry, zatrzymania i oczywiście montaż, dzięki któremu poznajemy poodrywane wątki, sytuacje, retrospekcje.

Obsada sama w sobie mogłaby być rekomendacją: Dorociński, Stuhr, Bohosiewicz, Rosati. Na uwagę zasługuje Maciej Stuhr, który pokazuje swoje możliwości aktorskie, konstruując bohatera co najmniej dwuznacznego, którego trudno lubić, ale też potępiać nie można. Mnie urzekła jednak Weronika Rosati, zwykle damessa, ufryzowana, umalowana i z ekranu pachnąca, tu brudna, odziana w łachmany, rozczochrana, a zarazem piękna, tajemnicza, postawiona w klasycznym konflikcie tragicznym dotyczącym wyboru między tzw. „wspólną sprawą” a miłością do siostry.

Polecam „Obławę” dorosłym lub dojrzałym widzom, którzy dodatkowo mają na tyle otwarty umysł, by spojrzeć na ten obraz nie będący pomnikiem naszych dziejów, ale stanowiący trudną historię ludzi uwikłanych w podły czas.

Scena z telewizora, czyli teatr TVP na żywo

Tagi

, , , , , , , , ,

Przeprowadzka do małej miejscowości z Wrocławia była świadomym wyborem, który przyniósł to, czego szukałam. Ale, jak każdy wybór, w swym założeniu nakazywał z czegoś zrezygnować. I tak między innymi musiałam oswoić się z myślą, że teatr zamieniam na naturę, scenę na leśne szlaki i polne przestrzenie, muzykę na szum rzeki, aktorską grę na bliskie spotkania z drugim człowiekiem.

Wczoraj przekonałam się, że jednak niezupełnie straciłam teatr. Nie czułam tego miłego dreszczu, gdy zasiada się na widowni, nie wytężałam wzroku w przytłumionym świetle sali widowiskowej, nie usłyszałam dzwonka, zapowiadającego, że już za chwilę się zdarzy. Zasiadłam wygodnie na kanapie z herbatą i czekałam, by sprawdzić, czy dam się wciągnąć.

„Iluzje” Iwna Wyrypajewa w reżyserii Agnieszki Glińskiej to już piąta odsłona teatru telewizji na żywo. Swiadomość, że aktorzy grają w owym „teraz”, daje poczucie jednoczesności i autentycznego uczestnictwa. Sama sztuka, jej konstrukcja i sposób przedstawienia, oparty na zasadzie jedności miejsca i czasu, ułatwiał odbiór, niwelując ramy ekranu telewizora.

Gra prowadzona przez aktorów z widzem, wciąganie go w ten wieczór opowieści
o czworgu znajomych, przedstawianie postaci tak, by stawały się rozpoznawalne, określone przez jakąś cechę, wreszcie zachęcanie do subtelnego uzupełniania treści, sprawiło, że poczułam, jakbym była „tam” – na widowni, na spotkaniu, jakbym była częścią tej historii. Historii, która się nie dzieje, jest opowiadana i dlatego wymaga aktywnego słuchacza, odbiorcy.

Relacje dwóch par małżeńskich połączonych przyjaźnią, wspólnymi chwilami, wyjazdami, spotkaniami, zwyklymi codziennymi sprawami, poznajemy dzięki aktorom: Dominice Ostałowskiej, Dorocie Landowskiej, Łukaszowi Lewandowskiemu i Krzysztofowi Stroińskiemu, którzy nie odgrywają ról, lecz snują opowieść.

Danny, Sandra, Albert, Margaret mają mniej wiecej po 80 lat, a dzięki temu odwagę, by powiedzieć rzeczy, których wcześniej nie byliby w stanie  wyjawić, aby nie zranić innych. Umierający Danny mówi swojej żonie, Sandrze, że nigdy jej nie zdradził, bo ją kocha i wie, że miłość musi być wzajemna. Leżąca na łożu śmierci Sandra informuje Alberta, że go kochała całe życie, co budzi w nim utajnione pojęcie miłości romantycznej. Uświadamia sobie, że kochał Sandrę zawsze, ale nie umiał tego odkryć przed samym sobą. Albert dzieli się tym ze swoją żoną, Margaret, która oświadcza, że przez wiele lat miała romans z Dannym.

Zawikłane relacje, nieuświadamiane uczucia, chęci powiedzenia tego, co zdaje się być prawdziwsze niż dotychczasowe życie, miłość, przyjaźń, poszukiwanie siebie, swojego miejsca na świecie, tego, czegoś co pozwoli ukoić zszargane nerwy, zwykłe sprawy, niezwykłe emocje – wszystko to „Iluzje”, jakim ulegaja postaci, ale i wszyscy ci, którzy przygladają się swemu życiu na zewnątrz i od środka.

To jednak dobrze, że jest teatr telewizji, dla niektórych namiastka rzeczywistej sceny, dla innych teleport, dzięki któremu sztuka przenosi się do domów i ludzi, którzy mogą dzięki niej odpowiedzieć sobie na pytania: co jest iluzją? co prawdą? co pozorem? A jeśli nie znajdą odpowiedzi, to przynajmniej mogą sobie te pytania zadać.